Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu. Kilka fotek…

Miało nie być, ale będzie. Jak pisałem, kamperem do Rzymu nie wjeżdżałem i jechać już na 99,9% nie ma sensu. Bo po co? Żeby ukradli?
Kiedyś tam mieszkałem, więc tym bardziej po co? No i miałem dylemat, czy dorzucić trochę fotek z tego miasta. Ale co tam.

Postanowiłem zrobić Wam prezent i oto są. Zdjęcia z Rzymu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

pstrykanie fotek

Nie wszystkie fotki robię lustrzanką. Nie chce mi się jej zawsze po prostu nosić.  Część pstrykam w miarę dobrym, ale już leciwym kompaktem, a jak jego nie mam w kieszeni, to komórką. Poniższe też są taką mieszanką. Coś podobnie jak Włosi, mieszkając tu nie latają z cyfrówkami. Sporadycznie tylko, gdy jakieś nowe miejsce.
Ale od czasu decyzji, że piszę bloga, staram się jednak targać „lusterko” ze sobą w każde miejsce.  🙂

 

poszukiwanie skarbów i łowienie ryb

Jak pisałem, w zimowym okresie staraliśmy się trzymać blisko linii brzegowej. Dużo cieplej niż w głębi lądu. Wrzucę trochę fotek z Civitavecchia, Porto Santo Stefano, Marina di Grosseto i innych miejscowości aż po Follonica, a także Torre Mozza.
Do Rzymu w którym byłem kilkadziesiąt razy, a nawet jakiś czas mieszkaliśmy nie było sensu jechać.
Ciekawostką jest to, że gdy mieszkaliśmy znajomi powiedzieli nam o „terenach” przy Ostii, gdzie była jakaś starożytna osada, czy coś, już nie pamiętam. W każdym razie ludzie tam jeżdżą w poszukiwaniu skarbów. Naszemu znajomemu udało się kiedyś znaleźć pierścień, który opchnął do jakiegoś sklepu za 25 tys. euro. Oczy się zaświeciły, bo takie skarby to „nic nie robić nie mieć zmartwień”, wystarczy tylko znaleźć coś wartościowego i to opchnąć…. no przynajmniej w teorii.
Może kiedyś przy okazji kamperowania i może następnym razem będąc we Włoszech 🙂

Pewnie nic bym nie znalazł. Z mojego punktu widzenia, to trochę to jak z łowieniem ryb. Dałem się namówić z kilka razy. Raz w Polsce na Mazurach i Soliną i ze dwa razy w Irlandii w oceanie, ale nigdy nic nie złapałem. Oczywiście dałem sobie spokój. Może przynoszę pecha, bo znajomi, zapaleni wędkarze tamtych dni też nic nie złapali.
We Włoszech nie próbowałem. Nie znałem żadnych wędkarzy, poza tym oni jedzą tylko ryby morskie.
Ja też, ale niestety tylko ze sklepu. To nie Neapol, że dałoby się kupić od rybaka.
Rybki oczywiście przyrządzane w też w kamperze.
Dobrze zjeść = gotowanie.
Na szczęście kuchnię zaprojektowałem i zbudowałem sam, więc nie jest upośledzona bo ma takie magiczne coś jak wyciąg. Rzadkość w kamperach.
Nie mam tylko piekarnika, ale będąc już w „trasie” wystrugałem kamperowy piekarnik gazowy.
Będzie teraz można piec serniczki 🙂 🙂 🙂