od czego zacząć życie na granicach lub poza systemem?

Żyjemy na planecie, na której my ludzie i nie tylko ludzie mamy wszystko czego tylko potrzebujemy. Tak było od setek tysięcy lat i dłużej. Niestety wielu z nas pogubiło się dawno temu, albo zostało zmanipulowanych przez kogoś, a teraz nadal jesteśmy manipulowani najpierw przez dawno zaprogramowanych rodziców, bo z nimi mamy pierwszy kontakt, TV, bajki, programy – stąd nieprzypadkowo taka nazwa 😉
Później przychodzi przedszkole, szkoła, studia itd.
A prawda jest trochę odmienna. Ta wspaniała planeta jest w stanie wyżywić każdego z nas, dać nam wszystko o czym marzymy.

Trzeba tylko wyrwać się z pewnej pułapki. Pułapki własnego umysłu, który mówi nam, dzięki przez dekady wgrywanym programom, że się nie da. Że planeta umiera, że jest źle, że zasoby się kończą, że są jakieś wirusy, które chcą nas pozabijać, że trzeba dużo pracować, żeby coś mieć.

Gdy byłem mały, wierzyłem we wszystko o czym mówiły autorytety w postaci rodziców, nauczycieli i mądrych ludzi, najczęściej znajomych rodziców.
Z perspektywy dziecka, każdy dorosły wydaje się bardzo mądry.
Mówili, że świat jest jaki jest i mamy szczęście, że żyjemy w takim wspaniałym kraju, bo w innych jest gorzej. Wygraliśmy wojnę, a mogliśmy przegrać. Jest cudownie.
To były czasy komunizmu. Było wspaniale. Mieliśmy przyjaciół, niewiele człowiek posiadał, ale mieliśmy wyobraźnię, dzięki której zwykły patyk mógł być niemal wszystkim, od patyka aż po helikopter, a nawet statek kosmiczny.
Potem zostaliśmy wyzwoleni z okropnego komunistycznego ustroju i zapanował dobrobyt. Dobrobyt, który nie dla każdego był w zasięgu, ale wystarczyło pracować i był w zasięgu. Z każdym mijającym rokiem okazywało się, że pracować trzeba coraz więcej i więcej, na to samo. Dowiedziałem się również, że trzeba oddawać daniny. Nie do końca to rozumiałem, ale skoro tak już jest. I to ponoć na całym świecie. Czyli tak ma być.
Dopiero za pozostałą resztę można było kupić „szczęście”, bo była to ułuda szczęścia, czyli to co się planowało i myślało, że da szczęście.
Niestety to nie koniec z daninami, bo gdy kupię ziemię, zbuduję dom za wypracowane i już opodatkowane pieniądze, to nadal muszę płacić. Opłaty, koszty, podatki, rachunki, za prąd, wodę, gaz, ścieki co tylko sobie wymyślą. Płacić, płacić i płacić. Te marzenia nastolatka, że popracuje się na coś i gdy się to już ma, to można nie pracować, rozprysły się niczym mydlana bańka.

Już na studiach mój umysł zaprzątała jedna myśl, jak to zmienić, jak się z tego wyrwać? Rozwiązanie wydawało się proste. Skończyć studia, zarobić duuużo pieniędzy, tak dużo, aby starczyło na te opłaty również w przyszłości. Tak podobno robią milionerzy. Mają więcej niż teoretycznie potrzebowaliby do końca życia i temat załatwiony. Czyli muszę zarobić miliony.
To wydawało się logiczne. Postanowiłem mieć firmę, dużo zarabiać, jeździć tam gdzie chcę, mieć sportowe samochody itd.

W latach 90-tych „ucisk” nie był jeszcze tak duży i mając dobre pomysły (tu przydawała się zapewne dobrze rozwinięta wyobraźnia) można było „zamienić” patyki na sportowy samochód. Tylko, czy to było szczęście? Wydawało się, że tak. Mogłem zatankować moje V8, otworzyć dach i „polecieć” za miasto. Był fan i radość, ale… zawsze po jakimś czasie,najczęściej kilka godzin, czasem kilka nawet dni, trzeba było wrócić i co robić?
Tak, zarobić kolejne papierki z cyframi i twarzami, aby w kolejny weekend znów poczuć wiatr we włosach, poza miastem. Można powiedzieć, że już od studiów byłem wolnym, dorosłym człowiekiem, który mógł tą wolność wykorzystać w pełni. I wydawało mi się, że to robię. Niby miałem co chciałem, ale czułem, że moja dusza jest w więzieniu. Niby nie widziałem krat, nie widziałem klatki, ale coś we wnętrzu mówiło, że jestem niewolnikiem. Nie, nie byłem, przecież mogłem robić co chciałem, jechać gdzie chciałem. Jedyny problem był w tym, że były to krótkie wyskoki, jakby ograniczone długością niewidzialnego, złotego łańcucha. Pozwalał on oderwać się na chwilę od systemu, ale im dłużej to trwało, tym bardziej zaczynał ściągać w dół. Jak niewidzialny strażnik pokazywał gdzie moje miejsce i co mam robić. Bo przecież trzeba pomyśleć o stabilizacji, ustatkować się. Zakończyć te młodzieńcze wygłupy i wyjazdy, żeby zobaczyć inne kamienie. Celem człowieka jest praca. Jest mieć dom, zasadzić drzewo, syna itd.
Czy ktoś do kurwy nędzy kiedyś się nad tym chociaż przez chwilę zastanowił? Czy to jest celem człowieka? Bo przynajmniej mi tak wmawiano.
No, ok, historia w szkołach uczyła, że wygraliśmy wojnę, że mamy postęp, że ludzie kiedyś żyli krótko, umierali szybko, dzięki postępowi i pracy mamy lepiej. Lepiej? A co jeśli historia jest zakłamana? A co jeśli historię można przepisać i może to kiedyś mieli lepiej? Ludzie oderwali się od przyrody, od natury, zamknęli w klatkach, nawet złotych, obwiesili migającymi pudłami, ale czy są szczęśliwsi? Ale przecież mogą jechać na urlop! System daje przecież czas odpoczynku. Do tego weekendy. No faktycznie można aż się z tej radości posrać ze szczęścia. Serio? Te 3 tygodnie w roku to jest wszystko co można dać ludziom?
Nie, nie, nie, ja w to nie wszedłem. Można powiedzieć, że nigdy nie pracowałem na etacie. Jakbym zebrał do kupy, to może z 7-8 miesięcy z całego mojego życia. Zawsze wolałem mieć FIRMĘ. To ona zdawała się dawać wolność. Byłem jak to teraz po dekadach nadal mówią „Panem swojego życia”. Panem, który i tak musiał wracać, bo bez niego ta FIRMA by się rozleciała. Tak byłem więźniem systemu. Pamiętam listę, na której miałem zapisany z każdego niemal dnia tygodnia coś do zapłacenia. To za mieszkanie, to za wynajem lokalu, to za prąd, to za wodę, to ZUS, to podatek, to telefon, to internet, to zus za pracowników, to podatek, to wypłaty, to coś, coś, coś. Na przeciętnie 30 dni w miesiącu może było może z 5 wolnych dni od płacenia czegoś! Czy to jest kurwa wolność? Jako pan własnego losu, to chyba słabo to wypadało? Pracownicy widzieli we mnie człowieka sukcesu. Sportowe auto, jeździ na wakacje gdzie chce… A ja musiałem ciągle myśleć i planować jak zdobyć papierowe cyferki, żeby w kolejnym miesiącu starczyło na wszystkie 25 pozycji w kalendarzu i owi pracownicy również mogli dostać swoje i kupić za to trochę „szczęścia”. I tak miesiąc w miesiąc. Uffff. A kiedy koniec? Jak zdechnę? Aha, na emeryturze. Ale czy każdy dożyje? A co jeśli nie? Musiałem coś z tym zrobić.
Ale jak i co? Już wtedy wiedziałem, że religia to ściema do kontrolowania ludzi. Masz być potulnym baranem i nie zadawać pytań. Ja gdy zadawałem, jeszcze w szkole, to dostałem opierdol, więc skończyłem z religijnymi debilizmami dawno temu. Ale zdążyłem być katolikiem, buddystą, dałem się również wkręcić na sztuczny twór pod nazwą „new age”, ezoteryka itd. O tym innym razem jeśli będziecie chcieli.
Ale co z systemem? Jak tutaj wygląda kontrola? Jak wyglądała 2 dekady temu? Bo UWAGA! z tej perspektywy o tym teraz piszę. No zawsze był rząd, rząd rządzi i pracuje ciężko dla dobra obywateli. Tego uczą od dziecka. Rząd również drukuje pieniądze, więc ma je w swoich rękach i to on decyduje co i i le komu. To, że zabiera coś dla siebie, to raczej nieoficjalnie i tego w szkołach nie uczyli. Czyli tym nie musiałem jakby sobie zaprzątać głowy. No nie?
Ale dlaczego nadal będąc właścicielem firmy, nie miałem tej wolności? Gdzie robiłem błąd? Może ma znaczenie kraj, bo każdy kraj ma inne poziomy podatków i jak to nazywam inaczej zaciska pętlę na szyjach obywateli. Musi to robić i trzymać ich w swojej niewoli, bo bez nich przestałby istnieć.

Czyli odkryłem, że może receptą była zmiana kraju, na taki, gdzie ucisk jest mniejszy. To znaczy, taki, w którym nie trzeba przez 25 dni w miesiącu czegoś płacić. Od tamtego czasu mieszkałem w 4 krajach i wiecie co? Żaden nie spełniał tego co oczekiwałem. W każdym ten sam mechanizm. Praca, rachunki i na weekend można się upić, żeby się od tego oderwać.
Nie no, to chyba jednak nie tędy droga!

Odkryłem chyba już z dekadę temu, że sekretem nie jest więcej zarabiać.
Auć! Ale strzał w pysk. Pomyślicie, no debil, nie chce więcej zarabiać! No może, ale będzie lepiej gdy skończę. Otóż. Nie zarabiać więcej, tylko wydawać MNIEJ!
Tak, to jest pierwszy sekret. Już o nim pisałem wiele razy.
Ale jak to zrobić? Jak wydawać mniej, jeśli i tak już staramy się wydawać mało?
Bierzemy sobie kartkę i robimy listę wydatków. Jeśli nie jesteśmy w stanie tego zrobić, to trzeba zapisywać wszystko co do jednego złotego czy euro przez cały miesiąc. Powiem Wam, że można się zdziwić. Na liście poza zakupami będą również opłaty, raty, czynsze, podatki, rachunki.
Tak więc co ja postanowiłem wyciąć z wydatków?
Aby stać się wolnym i oderwać od systemu na tyle ile to tylko możliwe, czyli zacząć w pewnym sensie żyć na jego granicach, a czasem poza, to musicie wyeliminować wszystkie niepotrzebne koszty do zera. DO ZERA! Bez tego nie macie szans. Ale jak do zera? Ano tak. Chodzi o to, żeby na liście miesięcznych wydatków pozostało tylko to co trzeba. Bez czego nie da się przeżyć. Później jeszcze coś dorzucimy, ale niewiele, tylko to co tam musi być.
Na przykład na naszej liście jest obecnie tylko ubezpieczenie kampera, podatek drogowy w UK, bo jest na tablicach UK, internet co miesiąc i… jedzenie. Wszystko. No prawie. Są jeszcze inne małe koszty, jak np. gaz do gotowania ok. 4-5 euro na miesiąc oraz… no właśnie i tyle. Ahh, oczywiście paliwo do kampera, ale czy my musimy jeździć jak debile po ileś tysięcy kilometrów miesięcznie, żeby zobaczyć inną plażę na drugim końcu Europy? I tak tam dojedziemy tyle, że wolniej. A po drodze poznamy setki wspaniałych ludzi i zobaczymy setki pięknych miejsc, które by tylko mignęły przemierzając tysiące kilometrów miesięcznie.
Pomijam obecny, debilny okres, chociaż w pewnym sensie był potrzebny, żeby więcej ludzi się obudziło z niewoli, ale my i tak od kilku lat jeździmy mało, przez ostatnie lata nie wychodziło nam średnio więcej niż 100 euro na paliwo na miesiąc. Koszty jedzenia, to jakieś 200-300 euro na 2 osoby. Prąd za darmo, woda za darmo, ciepła również, Oczywiście nie każdy chce takie życie prowadzić. Nie każdy chce mieszkać latami na np. 8 m2. Tym bardziej, jeśli w głowie mamy program, że takie obozowiska to cyganie albo inni hipisi itp. Czyli lepiej omijać i cieszyć się z posiadania domu z hipoteką na pół życia. Taki program miałem i ja. Zauważcie, że wiele rzeczy, które czynią nas niewolnikami w niewidzialnym więzieniu to są głównie programy. I jak się im przyjrzycie, są to NIE NASZE programy! To one nas więzią. To one nie pozwalają większości ludzi wyjść ze swoich klatek, ze swoich stref komfortu. Nie pozwalają wyjść ku nieznanemu, bo przecież, jak to będzie? Skąd weźmiesz pieniądze, za co będziesz żył/a? Serio? A czy teraz masz za co żyć? Kupowanie w promocjach, albo najtańszej pasztetowej nazywasz lepszym życiem? Ilu z Was może sobie pozwolić na to co chce, kosztem bycia uwięzionymi na 40 lat w obecnej pracy? Na co czekasz? Że samo się zrobi lepiej? Na pewno są takie osoby, ale czy możesz dziś rzucić to wszytko i wyjechać na rok do kraju jakiego chcesz? Hmmm? Czy większość z Was może wyjechać choćby na 2-3 miesiące kiedy by się chciało?
Jesteście niewolnikami systemu! Wszyscy jesteśmy! Jedynie niektórzy nauczyli się jak żyć i żyją na jego granicach. Jedni mają kampera, inni przyczepkę, jeszcze inni kupili kawałek ziemi w jakimś kraju, gdzie opłaty są niskie i stworzyli różne eko wioski. Są też ludzie, którzy zamieszkali w lesie. Są i bezdomni, a niektórzy wybrali to świadomie. Szczęka mi opadła, jak mi kiedyś powiedział jeden bezdomny Niemiec, że 40 lat temu podjął tą decyzję, bo postanowił wtedy, że nie przepracuje ani jednej godziny w życiu na Żydów.
Kto zna funkcjonowanie pieniądza, to wie, co miał na myśli.
Ale wracając do opcji, nie oceniam która jest najlepsza. Ba nawet lepiej, że jest ich wiele i każdy może sobie wybrać najlepszą dla siebie. A nawet po dowolnym czasie zmienić swój wybór. Trzeba tylko otworzyć umysł i zrozumieć tajemnicę, że jesteśmy więźniami, że programy nas więzią a na początek im mniej wydatków tym bliżej wolności. 🙂

A jak to zrobić? Krok po kroku? Wyjaśnię już niebawem. O ile chcecie 😉

4 odpowiedzi do “od czego zacząć życie na granicach lub poza systemem?”

  1. Brawo👏👍 Jest niewielu ludzi , którzy nie tylko mówią, ale również postępują zgodnie ze swoim przekonaniami. Szacun.

  2. Masz rację zbyt późno to zrozumiałem, ale zrozumiałem.
    Próbuję młodym ludziom taką postawę tłumaczyć, ale jest chyba nie wykonalne.
    Dotyczy to moich najbliższych dzieci wnuków.
    A teraz jeszcze do tego strach, ale, przed czym?
    Jednak poznaję młodych ludzi, którzy nie dali się zwariować.

    Dlaczego w swoich podróżach omijasz Polskę Ukrainę itd.
    Czytałem roźne wątki dot. budowy/może nie dokładnie/ kampera i wynika z tego, że masz gdzieś taką przystań gdzie korzystasz z garaż narzędzi no i spania.
    Pozdr….

    1. Byłem w Polsce, akurat ostatnio nie pykło. W tym roku planowaliśmy po zimie w Maroko, co też nie pykło, na lato Skandynawia i Polska. Nie wiem co z tego wyjdzie, bo z granicami teraz różnie.
      Ukrainę zwiedziłem kilka razy z 20 lat temu, pociągami i marszrutkami. Raz samolot z Simferopola chyba do Kijowa. Już nie pamiętam. Morze Czarne, Azowskie, Krym.
      Planuję wrócić, przy okazji Kazachstan, Gruzja.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.