Włochy
-
wracając do relacji…
Wracając do naszej podróży, po Vagli Sotto pojechaliśmy do Vagli Sopra. Tam wryliśmy się w jakąś uliczkę miejscowych, że trzeba było zawracać w bramie u kogoś, ale nie było z tym problemu. Chyba pierwszy raz ktoś tam kamperem się wdrapał, bo podjazdy były w okolicy ze 20%. Złomek dał radę. To nie jedyne dziury, w które wjechaliśmy nim, ale o tym dalej.
Miejsce ładne, ale zbyt blisko miejsca ostatniego noclegu, a my żądni przygód. Postanawiamy jechać dalej. Kolejne jezioro czeka. Wbijam do durnej AM punkt nad jeziorem, a ta prowadzi skrótem. No cóż. Droga tylko dla małych i lekkich. Może i bym zaryzykował, ale gdyby co autko wiele potrafi, ale pływać niestety nie. Jedziemy naokoło. Pora obiadowa, każdy makaron już kończy makaron, a my nadal w drodze. Jedyne wyjście, to naokoło do Pontecosi przez Castelnuovo Di Garfagnana. Jedziemy. Teraz widzę, że ten mostek szerszy niż te 1,8m. Kamperek by się zmieścił, no ale waga…
-
nadal gorąco…
No i miało być załamanie pogody, nawet poczyniliśmy plany na dłuższą objazdówkę po „dolnych” partiach północnych Włoch, ale widać dla makaronów załamanie pogody, to 1-2 dni temperatur poniżej +30C. Ufff. Przyśpieszyliśmy, tu chłodniej (niebawem zdradzę gdzie) i myślę, skrobnę coś, fotki obrobię, otwieram foldery… 🙁 przez ostatnie 1,5 mies na trzaskałem ponad 6 tys. zdjęć!!!
Standard. Ehhh. Chciało się relacji i blogów pisać to teraz mam…W każdym razie widzę, że skończyłem na Vagli Sotto. Ciekawa sprawa, bo ostatnio poleciłem tą miejscówkę jednej z załóg z Polski (pozdrowienia dla Konrada z żoną) i pojechali, okazało się, że belka wisi i nie da się wjechać. Widać makarony kombinują podobnie. Skoro kemping z boku, to trzeba posmarować, żeby „władza” belki powiesiła i takie kamperki więcej nie wjadą. No zaskoczyło mnie to. Miejscowi nam wtedy mówili, że co roku latem dużo ludzi kamperuje tam.
Czyli miejscówka wylatuje 🙁 - gotowanie w kamperze, kuchnia, modyfikacje i ulepszenia, podróże, tematy techniczne, Toskania, Włochy
okno dachowe i poziomki
Zrobiły się zaległości. Ostatnie 3 tygodnie to przygody i lenistwo. Do tego ostatnie upały dały się we znaki. Gdy na zewnątrz +36C w cieniu, to nie chce się siedzieć w kamperze, a na pewno obrabiać kilkuset fotek. W ostatnim tygodniu ratowaliśmy się moczeniem tyłków w jeziorze Trasimeno i chłodnymi napojami. Zrobił się mały międzynarodowy meeting. Wypiliśmy duuużo napojów. Znowu poznaliśmy sporo osób, a nawet kamperowiczów z Nowej Zelandii. Kupili kampera w Europie, po przylocie i od kilku miesięcy sobie też jeżdżą. Oczywiście musieli spróbować Śliwowicy. Dodatkowo dołączyli nad jezioro poznani wcześniej Niemcy. Przy okazji naprawiłem im kilka rzeczy w elektryce, w tym poluzowane niektóre kable i zrobiłem małą modyfikację w instalacji ich Hymera. A dwa dni później kolejny kamper w którym …ludzie z NZ. Zdziwili się, że właśnie się rozminęli z rodakami. Hehe ci też kupili kampera w Europie i …spróbowali Śliwowicy. 😀
Widząc prognozy i temperatury po nawet +45C postanowiliśmy zwiać tam gdzie chłodniej. W Apeniny. Po drodze kupiłem jeszcze coś do małej modyfikacji naszego kampera.
Wczoraj jej dokonałem. Ta modyfikacja plus temperatury w górach pozwoliły odetchnąć. M. wręcz zaczęła ubierać wieczorem sweter. Na razie zostajemy. Jest jak zawsze ślicznie i przy okazji chłodno.
A że jest niedziela i setki turystów i kamperowiczów, to dzisiejszy dzień spędzamy w kamperze. Możliwe, że lada chwila dorzucę trochę fotek i zobaczycie, co robiliśmy przez ostatnie 3 tygodnie. 😛 -
Trochę fotek…
Teraz trochę fotek…
Jak w średniowieczu po zmroku, kamperek czeka pod murami miasta

Widać nie tylko my czekaliśmy na tym parkingu do rana


-
Vagli sotto
Vagli Sotto – całkiem przyjazne miasteczko. W sierpniowym sezonie mieszka tu ok. 50 osób. Teraz pustka, ponoć 20 kilka. Ludzie przesympatyczni, chociaż na Amiata też super mili, ale tam kantowali na wszystkim nawet o 1/3. Tu nie mieliśmy okazji przetestować, bo czynny był tylko bar. O ile można orżnąć kogoś na kawie? Nas nic. My płacimy włoskie stawki. Max 1 euro za kawę. Więcej płacą tylko turyści, którzy tym samym nieświadomie padają ofiarą przestępstwa skarbowego. Tak tak, gdy widzicie cenę za kawę 1€, a wołają np. 3 przy płaceniu, to kupujecie, bierzecie paragon, dzwonicie na Guardia di Finanza. Knajpa leży, dostają sowitą karę, bo to jest przestępstwo w tym kraju. I wierzcie mi, że na takie coś reagują duuużo szybciej niż np. na zgłoszenie o kradzieży. 😀
A zwrot różnicy i tak dostaniecie. A jaka satysfakcja przy tym. 🙂Ale wracamy do fotek z Vagli Sotto, bo miasteczko na swój sposób urocze.
-
Faaaajowy kamperek. Jak mówią znajomi Włosi „Ferraristą” się rodzi, a nie zostaje.
Coś chyba w tym jest, bo jedni znajomi, którzy mają Ferrari, mówią, że trzeba mieć nerwy, żeby tym jeździć – nic tak się nie psuje jak właśnie Ferrari. 😛
I jeszcze trochę fotek z okolicy:
-
Nie zostaliśmy przy Lago Santo, z prostej przyczyny – zero zasięgu telefonów, internet też nie łapał nawet 2G, parking pustoszał. No i finalnie ten spory spad, a my nie mamy ręcznego. 😐
Jak tu spać bezstresowo. Gdyby cokolwiek, to nawet zadzwonić nie ma jak. Ciekawe czy na CB bym kogoś wywołał. Tubylcy mieli jakieś antenki na dachach, ale na CB mi to nie wyglądało.
O tym, że dupy nie urywa pisałem. Gdyby chociaż widok z okna na to jeziorko…
Jedziemy.
Wróciliśmy drugą drogą i pojechaliśmy do Abetone, gdzie postanowiliśmy przespać. Parking darmowy, trzeba tylko wrzucić „na rano” albo wcześnie wstać.Następnego dnia wymyśliliśmy żeby pojechać na most linowy na rzece Lima. Przy okazji trafiliśmy na znajomy polski akcent „oknoplast” – fotka 🙂

Dojście na most linowy od strony głównej drogi La Lima – Lucca zamknięty… Obsunęło się kawałek zbocza i po prostu przestało istnieć. Można jeszcze od strony Mammiano Basso, Popiglio, ale nie chciało nam się wracać. Most ma 227m długości i ma 80 cm szerokości. Na wysokości ok. 36m. Innym razem. Nie raz tu byliśmy i może będziemy. 😀Jedziemy dalej, tylko gdzie… hmmm.
-
Trochę mechaniki i Animal Planet w jednym
3 czy 4 dni temu…
Jedziemy sobie, jedziemy i słyszę… normalnie Harley Dawidson.
A nie to u nas. 😛
Widziałem, że na wydechu był lekki przedmuch, dlatego silnik głośniej chodził, ale żeby aż tak? Szybki skan sytuacyjny i pamiętam mały zgrzyt na ostatnim zrzucie. Cholerne betonowe krążki. To chyba będzie to. Znaczy… Nie od razu, bo ujechaliśmy kilka km i nagle ten solidny bas, jak z BMW po wiejskim tuningu. Nie no porażka, do tego pod górę, zwalniam, jeszcze gorzej. Już wiem, że coś z wydechem, dziura albo coś. Jest kawałek wysepki, nawet drzewa i dzicz naokoło. Stajemy.
Zaglądam pod spód – ta fotka mówi wszystko.To koniec myślę. Gdzie ja tu na wiochach naprawię albo kupię taką rurę. Nie ,nie mogę szukać mechanika z taką prostą usterką. Coś wymyślę.





























