-
już prawie Trasimeno…
jedziemy dalej…
…ale pies ma dość i mówi, że zostajemy
Trochę naokoło nam się do tego Trasimeno jedzie. Ale czy ktoś nas goni? Czy gdzieś się śpieszymy? I tak dojedziemy i tak, no i …dojechaliśmy.
Castiglione del Lago nad samym Trasimeno…CDN…
-
od San Godenzo aż po Torrita di Siena
Po drodze odwiedzamy San Godenzo, jemy po …brytyjsku. Postanowiłem zrobić Fish&Chips. Mniam.
Wiem, wiem zalatuje fast foodem, ale zapewniam, że fast foody robione po domowemu to kompletnie inna bajka. Mam swoje własne receptury na English Breakfast, Fish&Chips, kurczaczki a’la KFC, czy domową wersję Mac śniadanka, albo Wieśmaca. Jest smacznie i zdrowo. Jedynym chemicznym dodatkiem, gdy przyrządzam takie dania jest sól. Pieprzu nie liczę, bo to zioło w pewnym sensie. Ale wracamy do naszej tułaczki.
Po drodze do Perugi jest kilka sympatycznych miejscówek a niektóre z darmowym prądem. Niektórych nie polecam. Np. w Figline val d’Arno. Co z tego, że stoi z 15 kamperów, ale parking przy tirach na stacji. Masakra zatrzymać się tam zjeść w tym hałasie, a co dopiero zostać żeby np. nocować.
Następny, dość głośny Montevarchi. Powinno się nazywać „montewarczy” Chociaż tu przystanęliśmy na obiadek, bo w okolicy jest Obi i mogłem coś dokupić. 😀
Odwiedzamy Arezzo i kierujemy się na Monte San Savino. Wg satelitarnego podglądu wydaje się nie być na betonie. Nawet zielono. Jest i starówka. No trzeba zobaczyć.
Na miejscu znowu żadnego kampera, a plac spory. Mała mieścina, widać nie często widują tu kampery. Nie mija 15 min, a już na spacerze poznajemy miejscowych. Zagadują standardowo, a skąd itd. itp. -
najdroższe jaja
Nad jeziorem poznaliśmy trochę nowych ludzi i kamperowców i tubylców. M. standardowo zagadała o jakieś regionalne produkty (mleko, jaja itd.) Najczęściej takie rzeczy dostajemy za darmo. Ludzie na obiad albo kolację zapraszają. A tu jeden „biznesman” widocznie pomyślał, że kamperowcy to bogate ludzie i krzyknął 1 euro za jajko. Padliśmy. Najdroższe jaja we Włoszech. 😀
Jakby nie było, zawsze jest miło poznać nowych ludzi. Po kilku dniach byczenia się i lokalnych objazdówek, obżarstwa postanawiamy ruszać dalej. Jednak musieliśmy zmienić plan. Chodzi o to, że nie chciałem jechać w góry z urwanym wydechem. Przegląd map pogodowych i wychodzi, że warto odwiedzić Umbrię. Przy okazji przypomniałem sobie o polecanej przez Janus’a Cortonie. Jeszcze jezioro. No i mamy nowy kierunek. Może woda będzie cieplejsza. 🙂
Wstępny cel: Trasimeno i Perugia.
Jedziemy
Ale powoli. Ten etap znowu zajmuje nam …kilka dni. A co? 😀 -
Lago di Bilancio i okolice
Po połataniu wydechu postanowiliśmy gdzieś przystanąć, po drodze jeziorko, decyzja jedziemy. Nawet parking w bazie był. Odpoczniemy. Dojeżdżamy do Vicchio. Niby jeziorko jest, ale bliżej mu do sadzawki, parking jest, ale nie przy jeziorku, tylko jakby osiedlowy. Nie polecam, spadamy stąd. Jedziemy nad lago di Bilancino. Po drodze jednak zaglądamy na 2 kamper parkingi. I tak po drodze, więc może się komuś przyda.
Borgo san Lorenzo. Niby jest, ale nie ma, bo jakaś wystawa zwierząt i zamknięte pół miasta przy rzece. Jakieś konie, krowy itd. reklamują przy wjeździe. No tak krowy nie widzieliśmy. Gdyby można było wydoić, to może byśmy się skusili.
Zatrzymujemy się jednak na kawkę, bo spodobała mi się terenówka. Zaparkowałem blisko złomkiem z nadzieją, że może jak w transformersach skopiuje jakieś zdolności, ale złomek chyba nie ma tego programu.
Do celu niedaleko, po drodze zaglądamy do San Piero a Sieve. Stoi trochę kamperów, jest serwis. Jak coś, to rzut beretem od jeziora.
Dojeżdżamy nad jezioro. No ładnie, trochę brudno jak na każdym parkingu w tym kraju, dodatkowo zarośnięte krzakami. Zostajemy. Takie coś to znak, że nie ma tu tłumów. Nie było. Zaledwie ze 3 inne samochody w okolicy.
Jest jeszcze miła miejscówka z drugiej strony jeziorka. Pozycje GPS wrzucę oczywiście. No i mamy ten parking z serwisem w razie potrzeby w sąsiednim miasteczku. W okolicy jeszcze kilka miasteczek, kantyna z regionalnym winem, pizzerie itd itp. -
mała przygoda
Mała i trochę nas załamała. To właśnie następnego dnia urwała się rura od tłumika.Stało się to jadąc do Dicomano. Jechaliśmy akurat pod górkę, trójeczka, a tu trach, taka wiocha. Gdy upewniłem się, że to u nas i co się stało, to byłem zdrowo wku…
Widziałem wymiany układu wydechowego nie raz i te śruby zapieczone bez możliwości odkręcenia. Po za tym szybki skan po włoskim internecie i nie bardzo da się dokupić ten element, a jeszcze w rozsądnej cenie. 🙁
Tymczasową naprawę widzieliście. Przygoda z wężem itd.
Dodatkowo koledzy kamperowicze, w tym Adam pomogli mi doszukać dokładnie co to jest za element wydechu .
Jak dobrze pamiętam, to stało się to jakoś kilka dni przez wyjazdem Kodi’ego do Włoch, ale myślę hmmm, no ni cholery nie obarczę kogoś, kto na wakacje jedzie takim kawałem rury. Jeszcze by wyszło, że Kodi by nawet ogórków nie przywiózł. I co wtedy? 😛
Jak to się finalnie skończyło niebawem napiszę, ale wtedy postanowiliśmy na szybko znaleźć jakiś miły kamper parking z serwisem i zostać tam parę dni. A może uda się coś wymyślić. Finalnie patent z puszką, drutami i folią aluminiową jako uszczelniacz sprawdził się rewelacyjnie. Przejeździłem z tym patentem ze 2 tys km po górach i dolinach. Fakt mogłem wzmocnić jakimś kawałkiem żelastwa, bo od drgań na dziurawych drogach czasem po 100-u km musiałem dowijać sreberka, bo kamperek zaczynał warczeć. Nie chciało mi się przerabiać. Lenistwo. Wiedziałem, że to tymczasowy problem.
W każdym razie wszyscy potrzebowali przystanąć na parę dni. Znaleźliśmy dwie fajne miejscówki… 😀CDN…
-
miasto spalonych kamperów
Zapowiadało się fajne miejsce na nocleg.
Niestety. Tego się nie spodziewaliśmy. Aż się serce kraje, gdy patrzy się na taki widok.
Dowiadujemy się, że stało się to ok miesiąc temu. Postanawiamy stąd jechać. Nie jest to sympatyczne miejsce na pozostanie.miasto spalonych kamperów
Naszym celem Pontassieve. Tam wg Acsi i innych stron jest miejscówka ze zrzutem. Tu nie zostajemy nawet na kolację. Po drodze mijamy Bagno a Ripoli. Ehh, co za wyścig. Postanawiamy gdzieś przystanąć na kilka dni. Pontassieve? Niestety nie. Parking jest, zrzut, woda, ale niestety na miejscach dla kamperów stoją 3 rumuńskie Tiry. Stajemy kawałek dalej, przy dwóch innych kamperach. Jedząc kolację widzimy chłopaków z Tirów na obchodzie. Nazwaliśmy ich „trzej amigos”.
trzej amigos z TIRów:
Pomimo, że nie lubimy miejscówek w mieście, to zostajemy na noc. Jest bardzo spokojnie i cicho, a rano…
…”mała przygoda”…CDN…
-
okolice Florencji
Trochę już późno, zjeść coś trzeba, wpadamy do San Casciano In Val Di Pesa (musiałem to przepisać, co za durne nazwy). Darmowy parking okazuje się kosztować 8 euro, dziękujemy, bo niedaleko jest jeszcze jeden darmowy. Później powrzucam znowu listę z namiarami GPS.
Zakupy w Coop, uzupełniamy piwko i jedziemy do Impruneta. Tam duży darmowy parking, niestety „patelnia” – gorąco. No strasznie dużo ludzi i samochodów. Jednak tu nie zostaniemy dłużej. Robimy POM’a (powolny obchód miasta)Impruneta
Takie fury tu jeżdżą: 😛
-
od Vagli Sopra aż do San Gimignano
Co było dalej? Zwinęliśmy się, ale nie dlatego, że przyszła sobie jedna burza, a dlatego, że w górach miało od tego dnia lać przez około tydzień. Włosi nie są mistrzami w przewidywaniu pogody, ale postanowiliśmy nie sprawdzać, czy tym razem im się uda.
Jeszcze kilka fotek sprzed burzy
Przegląd map i jedyna opcja to na wschód (tam musi być jakaś cywilizacja
Wstępnie mieliśmy się kierować w stronę Arezzo, ale postanowiliśmy jadąc podskoczyć po wino do Certaldo i przy okazji San Gimignano (po raz kolejny), bo tam są pyszne lody na placu.







































